La vraie éloquence consiste à dire tout ce qu’il faut, et à ne dire que ce qu’il faut. (La Rochefoucauld)
Prawdziwa elokwencja polega na tym, żeby powiedzieć wszystko co trzeba i nie więcej niż trzeba.



5 maja 2015

Świat w 3De: Demoralizacja, Dezintegracja, Dekompozycja (4)


Jak skutecznie unicestwić naród

Pod tym tytułem ("Comment liquider proprement un peuple"), Julien Jauffret, publicysta znakomitego tygodnika francuskiego Minute, przedstawił nie receptę, tylko realny proces dokonujący się we Francji mniej więcej od 1968 r. (n° 2716 z 29 kwietnia 2015).

Całą Francję, jak pisze Jauffret, ogarnął histeryczny śmiech, kiedy w połowie kwietnia zostały opublikowane nowe programy szkolne.
Niech, dla pełnego efektu, Czytelnik zachowa poważny wyraz twarzy i zacznie się cieszyć dopiero o parę linijek niżej (powaga wróci sama).
Oto autentyczne przykłady sformułowań w ministerialnej nowomowie, z towarzyszącymi wyjaśnieniami w języku ludzi normalnych (pamiętamy, że rządy we Francji są obecnie sprawowane przez socjalistów):
  • "pokonywanie wody w równowadze poziomej poprzez przedłużone zanurzenie głowy" (chodzi o pływanie)
  • "poruszanie się w środowisku wodnym głębokim i standaryzowanym" (pływanie w basenie)
  • "staranie się o wygraną w walce przy użyciu piłki lub elementu latającego" (granie przy użyciu rakiety)
  • "rozwijanie prędkości" (bieg)
  • "uczeń jest zaproszony do zwycięstwa nad przeciwnikiem w drodze wymuszenia nad nim przewagi cielesnej symbolicznej i skodyfikowanej" (uczeń walczy, aby wygrać)
  • "otwarcie się w kierunku kogoś innego i na zewnątrz" (uczenie się języka obcego)
  • "w ramach studiowania języka, (dziecko) obserwuje zdania i wyciąga wnioski na temat reguł" (dziecko przygląda się zdaniom i odgaduje reguły gramatyki, które kiedyś musiało opanować pamięciowo)
  • "stworzenie przekazu ustnego lub pisemnego" (odpowiedź ustna lub napisanie wypracowania)
"Wszystkie twarze poweselały", jak nieodmiennie powtarzał mój wuj abstynent po każdej pierwszej kolejce przy świątecznym stole. Ten sam efekt w odniesieniu do Francuzów zauważa Jauffret, ale dodaje, że ironia jest wprawdzie objawem zdrowia psychicznego, ale staje się niestety rodzajem parawanu, za którym nie przestają pracować środowiska zdecydowane ukryć w programach szkolnych swoje pragnienie oderwania edukacji od rzeczywistości.

Na pierwszy rzut oka, bez sięgnięcia po butelkę, czyli, jak pewnie woleliby neo-pedagodzy, bez sięgnięcia po "jednolicie cienkie szkło zamykające zwężającą się do góry przestrzeń, wypełnioną płynem euforyzującym", nie da się tego pojąć
 
Na drugi rzut oka pojąć już się da:
Duch pedagogicznych majaczeń nie jest nowy - "nauka nie powinna odtąd polegać na tępym gromadzeniu wiedzy, a powinna stać się czynnikiem ogólnych postępów osoby". Zamiast prawd ustalonych, mają być wykładane różne aspekty życia społecznego, a sama szkoła powinna zastąpić rodzinę i stać się "miejscem do życia" (lieu de vie). Uczeń winien zostać wyzwolony od tradycyjnych uzależnień, a w szczególności od swojego ojczystego języka, oskarżanego o bycie środkiem dominacji.

Dziwne? Otóż neo-pedagodzy spod znaku liberałów socjalistycznych i wykręconych na lewo chrześcijan, podzielają majaczenia zmarłego 30 lat temu filozofa Michela Foucault i za nim uważają, że reguły języka ojczystego wpisują się w logikę tresury i są narzędziem kontroli mentalności i zachowań. Zgodnie z poglądami uczniów pracowitego homoseksualisty, posłuszeństwo regułom ortografii i gramatyki prowadzi do respektu dla norm ogólnych. A więc, żeby skutecznie zabrać się za obalanie burżuazyjnego porządku społecznego, trzeba najpierw zniszczyć jego szkolny filar w postaci ortografii, gramatyki i dyktanda. Nad realizacją tego dzieła francuska edukacja narodowa skupia się od 1981 roku, kiedy na prezydencki stołek wspiął się socjalista Mitterrand. 
Wyniki są znakomite - 20 % uczniów kończy szkołę podstawową (école élémentaire) jako analfabeci, a 40 tysięcy młodych ludzi w wieku 17 lat opuszcza system edukacyjny nie umiejąc ani czytać, ani pisać.

Aktualnym ministrem edukacji jest nadzwyczaj postępowa Najat Vallaud-Belkacem. Ta Marokanka z pochodzenia przejęła funkcję z rąk Vincenta Peillona, którego ojciec był jednocześnie bankierem i komunistą, a matkę wydała rodzina Żydów alzackich tak dla postępu zasłużona, że jej członków wystarczyłoby na niejeden kraj średniej wielkości. 
 
O aktualnej minister - w zgodzie z definicją konia z Nowych Aten - nie muszę mówić, ale powstrzymać się od pewnego cytatu nie potrafię. Tak oto powiada Peillon w jednym ze swoich dzieł (Une religion pour la République : La foi laïque de Ferdinand Buisson, Vincent Peillon, éd. Seuil, 2011, p. 277):

Wszelka operacja, zgodnie z przekonaniami laickimi, musi polegać na takiej zmianie natury religii, Boga i Chrystusa, aby definitywnie zrównać z ziemią Kościół. Nie tylko Kościół Katolicki, ale każdy Kościół i każdą ortodoksję.

I już robi się jaśniej.

Edukacja narodowa (nad którą jawnie czuwa francuska lewica, a mniej jawnie Unia Europejska i Rząd Światowy, bez względu na to, czy pod tym ostatnim lepiej podpisuje się Klub Bilderberg, Komisja Trójstronna, amerykańska Rada Stosunków Zagranicznych czy, krótko, światowa żydomasoneria), przewiduje ponadto praktyczny koniec nauczania greki i łaciny, wykładu kultury ogólnej i klas dwyjęzycznych, mających charakter niedopuszczalnie elitarny.



Prawdziwą ofiarą neo-pedagogicznego delirium jest jednak historia. Przedmiotem obowiązkowym w szkole średniej ma stać się islam, podczas gdy nauczanie chrześcijaństwa średniowiecznego ma przybrać charakter fakultatywny. Z tym dodatkowo, że wykładowcy będą mieli obowiązek akcentowania "wszechwładzy Kościoła nad społecznością wiejską".

Historia jako przedmiot ma stać się w ogóle raczej fakultatywna, pozostawiając charakter obowiązkowy wyłącznie takim tematom jak niewolnictwo, kolonizacja i kolaboracja w czasie II wojny światowej. Inaczej mówiąc, absolwenci szkół średnich wejdą w życie z poczuciem wstydu wobec własnej historii i dumy wobec historii obcych.

 Jak w tej nienawiści do siebie samych nie widzieć posuniętego do paroksyzmu pedagogiki, mającej towarzyszyć "wielkiej wymianie społeczeństwa"? 

Jauffret stawia to pytanie i natychmiast cytuje François Waaga, który w swojej Historii Alzacji powiada:

"W celu zniszczenia narodu trzeba zacząć od pozbawienia go pamięci. Niszczy się więc jego książki, kulturę i historię. A  później ktoś inny pisze temu narodowi inne książki, tworzy mu inną kulturę i wymyśla mu inną historię. 
Od tego momentu naród zaczyna zapominać kim jest i kim był. A świat wokół niego zapomina jeszcze szybciej niż on."

W tej chwili ciarki przebiegają zarówno po mojej francuskiej, jak i polskiej skórze. Kto obserwuje wyczyny naszej edukacji narodowej (mam na myśli naukę historii i wybór lektur szkolnych), może odnieść wrażenie, że te wszystkie dyrektywy nie przypominają kropli deszczu z przypadkowych chmur, popychanych przez swobodny wiatr, który wieje kędy chce.

Trzeba tu wrócić do coraz bardziej popularnej we Francji teorii na  temat wspomnianej "wielkiej wymiany społeczeństwa" (Le grand remplacement). Pojęcie to wprowadził w 2010 roku pisarz Renaud Camus. Według niego, na skutek masowej imigracji i różnic w płodności, "mniejszości widzialne" (w szczególności czarna i arabska) próbują i dalej będą próbowały osiągnąć we Francji większość. Proces ten miałby prowadzić do stopniowego zastąpienia rdzennego społeczeństwa przez nowoprzybyłych. Oznaczałoby to koniec Francji jako narodu europejskiego. 
 

Nie warto dyskutować z faktami - do takiej wymiany, czy raczej podmiany, wyraźnie dochodzi i powstaje tylko pytanie, kto i z jakich powodów tego chce. Nie ma dzisiaj kraju europejskiego, w którym podobnego zjawiska nie dałoby się zaobserwować. A jeśli jego natężenie jest nierówne, to tylko dlatego, że niektóre kraje są mniej atrakcyjne w kwestii warunków życia oferowanych imigrantom. 
Co na początku było objawem obojętności przedsiębiorców na sprawy narodowe i polegało na masowym sprowadzaniu taniej siły roboczej, to później stało się konsekwentnym importem lewicowego elektoratu. Jak się okazuje, jest to zarazem sposób na zawładnięcie światem przez te sfery międzynarodowe, które w dużym skrócie można określic mianem trockistowsko-finansowych, a które lubią prezentować się pod sztandarami libertariańskimi i neokonserwatywnymi.



Jeden z ojców Unii Europejskiej, autor pomyslu na jej hymn i godło, hr. Richard Nikolaus de Coudenhove-Kalergi tak m.in. pisał w 1925 r. w swoim "Praktycznym idealizmie" (Praktischer Idealismus):

"Człowiek w dalszej przyszłości będzie mieszańcem.
(...) Ta euroazjatycko-negroidalna rasa przyszłości, podobna zewnętrznie do egipskiej, zastąpi różnorodność ludów różnorodnością osobowości.
(...)
Tylko żydowscy przywódcy socjalizmu są dzisiaj w stanie zniszczyć grzech pierworodny kapitalizmu, wyzwolić ludzkość od niesprawiedliwości, gwałtu i zależności, a świat pozbawiony grzechu przemienić w raj ziemski. [patrz strona 27 oryginału]
(...)
Europejscy ludzie ilości i żydowscy ludzie jakości"

Cytaty, w polskim tłumaczeniu, pochodzą z artykułu "Rasistowskie i hegemoniczne korzenie




 




Zachodząca na naszych oczach, nieznana dotąd w historii świata wędrówka ludów nie ma bynajmniej charakteru niewinnie demograficznego. Ta masowa migracja zostawia za sobą ślady, które prowadzą w różnych kierunkach, przecinają się, tracą zapachy... i tylko zimna krew i logika pozostają do dyspozycji ludzi, którzy wzdrygają się na myśl o jej skutkach.

Namnożyło się fałszywych proroków, roi się od złych pasterzy. Niestety również tam, gdzie nie powinno być ani jednego.




3 marca 2015

Świat w 3De: Demoralizacja, Dezintegracja, Dekompozycja (3)





Zdrada Ewy

Niewiarygodny jest wprost udział kobiet w psuciu dzisiejszego świata. Biblijna idea Ewy, jako słabego ogniwa w parze ludzkiej, nie była przypadkowa. Szatan wiedział, gdzie uderzyć i wali dalej w sprawdzone miejsce.

Cohn-Bendit, z jego majem '68, pozostałby postacią folklorystyczną, małą wzmianką w rocznikach prasowych z 68 r., gdyby nie masowy entuzjazm młodych megier, przygotowanych przez stare rozpustnice do publicznego zrzucania staników, do podchwycenia hasła "moj brzuch należy do mnie", do nieskrępowanej i radosnej aborcji, do łapania życia wyłącznie na gorąco - a wszystko to przy przebiegającym równolegle procesie
rozmiękczania męskości. Na śmietnik poleciał nie tylko krawat, ale i poczucie odpowiedzialności za kogokolwiek i cokolwiek. Mężczyzna, bez większego oporu, dał się sprowadzić do roli wycieraczki i
stał się przedmiotem lekceważenia, jeśli nie pogardy.

Kobieta, z w
łasną pensją na swoim koncie, pigułką w tyłku i kluczykami do samochodu w ręku, poczuła się wyzwolona z tysięcy lat cywilizacji, a że dla neofity charakterystyczna jest gorliwość i agresywność, to przedwczorajsza wierna żona i wczorajsza czuła matka maszeruje dzisiaj w pierwszej linii dowolnego procesu rozkładowego à la mode.

 

Kto winien?

 

Naturalnie, Wielki Mistrz Gnicia - sam diabeł ze swoimi ludzkimi "apostołami", ale również, niestety, posoborowy Kościół (nie tylko "zachodni") - wyciszony, współdziałający z "postępem", animowany przez wewnętrzną masonerię, szukający aggiornamento byle gdzie, jak słychać - nawet w Sodomie, niezdolny do krzyku, do cierpienia, do porzucenia litery na rzecz ducha, do powrotu do Ewangelii... 

Zakamieniały w sztywnej doktrynie i nieskłonny do miłosierdzia wobec owiec odepchniętych i rozpaczliwie beczących, a dziwnie wrażliwy na stany ducha dewiantów świeckich i cierpliwy wobec zboczeńców własnych.
Cały Kościół? Oczywiście nie.

Ale wróćmy do pytania, kto winien rozkładowi tkanki rodzinnej, tak jaskrawie widocznemu od strony wreszcie wyzwolonych cór Ewy. Kto jeszcze?

Ależ my wszyscy, z naszymi gadżetami, hedonizmem dla ubogich i naszą mdlącą tolerancją, której pierwsze objawy są charakterystyczne, więc widać je, kiedy w każdej sprawie, bez względu na doświadczenia pokoleń, zaczynamy od wiecznego "a skąd wiadomo, że?" albo kiedy radośnie jazgoczemy, ilekroć kolejny autorytet moralny spadnie z dachu na dupę.





Czy babiniec rzeczywiście wyprzedza nas w biegu do Wielkiego Dołu? A jeśli tak, to czy jest od nas mężczyzn bardziej winny?

Parszywe były kolejne wieki:
Siècle des Lumières, wiek XIX z jego doktrynami filozoficznymi i politycznymi, wiek XX z wojnami światowymi i Wielkim Kryzysem. 
Ginęli mężczyźni, rozpędzało się wielkie koło produkcja-konsumpcja-niszczenie i tak na rynek wypchnięte zostały kobiety, wyposażone w konsumencki katechizm. 
 
A teraz odczuwamy mdłości na widok życia rodzin, wychowania dzieci, sfeminizowanego szkolnictwa i sądownictwa, a w końcu i byle widowni, która w swojej niewieściej połowie odpowiada rechotem na popisy wielopłciowego, matołkowatego szołbizu.

* * *

Czy tu, skąd piszę, o tysiąc kilometrów na zachód od Polski, jest pod tym względem lepiej czy gorzej? 

Odpowiem następująco - Polsce wciąż jeszcze łatwiej byłoby się zatrzymać. Polskie sumienia wydają się, jak dotąd, mniej zapaskudzone, a sami Polacy odważniejsi, mniej przyzwyczajeni do grzecznych przemilczeń i uprzejmej hipokryzji.

Tutaj będzie prawdopodobnie potrzebna terapia wstrząsowa, żeby ludzie powrócili do źródeł, przy których dawało się lata temu usiąść bez ryzyka utraty portfela i cnoty, a niebo nad głowami było czyste i pełne zapowiedzi.

Rozpuszczalnik


PS
Pisałem dla głupich mężczyzn i mądrych kobiet; mądrzy mężczyźni o wszystkim wiedzą beze mnie, a głupim kobietom i tak nic nie pomoże.
A może odwrotnie - pisałem dla głupich kobiet i mądrych mężczyzn; mądre kobiety o wszystkim i tak wiedzą, a głupim mężczyznom, de toute façon, nic nie pomoże?
Qui sait?

29 stycznia 2015

Całowanie Koranu? Znowu? Wciąż?


Jedynym warunkiem triumfu zła jest brak reakcji ze strony dobra. (Edmund Burke)









I. Asyż, Dni Islamu i tutti frutti
Pod hasłem „Ku prawdziwemu braterstwu między muzułmanami i chrześcijanami” 26 stycznia w Kościele katolickim w Polsce obchodzony będzie XV Dzień Islamu.


Przesłanie Papieskiej Rady ds. Dialogu Międzyreligijnego do muzułmanów na koniec miesiąca Ramadan w 2014 r. nosi tytuł „Ku prawdziwemu braterstwu między muzułmanami i chrześcijanami” i jest hasłem tegorocznego Dnia Islamu w Kościele katolickim w Polsce.
Celebracje ekumenizmu w Asyżu? - "rezultaty "jakie są, każdy widzi". Aby ujrzeć skalę prześladowań, jakim za sprawą innych religii poddawani są chrześcijanie, trzeba byłoby wrócić do czasów Nerona. 
Jeszcze parę lat temu, po kolejnym Asyżu, można było odnieść słodko-kwaśne wrażenie, że światowy tort religijny jest dzielony w zgodzie i harmonii, a dyrekcje religijnych butików - równe pośród równych - już nigdy nie wezmą się za nawracanie nie swoich klientów. Inaczej mówiąc, na naszym katolickim misyjnym niebie, zaraz za wezwaniem "Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody", zaświeciło neonowe uzupełnienie "... z wyjątkiem muzułmanów, a jeśli chodzi o żydów, to niech was ręka boska broni".






Pozwalając tysiącom muzułmańskich minaretów strzelać w europejskie niebo, nie ośmieliliśmy się żądać wzajemności w postaci dźwięku katedralnych dzwonów w powietrzu Mekki i Medyny. 

W pierwszym liście do Koryntian św. Paweł powiada "Miłość cierpliwa jest... nie szuka swego... nie pamięta złego... wszystko znosi, wszystkiemu wierzy... wszystko przetrzyma."
Jest możliwe, że miłość wszystko przetrzyma, czy jednak przetrzymają chrześcijanie - that is the question.
Otóż są na tym świecie siły, które ponad miłość idealną przedkładają rozwiązania praktyczne. Zwłaszcza, że w obozie sceptyków uwijają się starozakonni zwolennicy kodeksu Hammurabiego, w którym błyszczą takie paragrafy jak "§ 196: Jeśli obywatel oko obywatelowi wybił, oko wybiją mu" albo nie pozbawione szczególnej urody zalecenie syntetyczne "Czym uczyniłeś to ci odetniemy".
W związku z tym, zamiast zatańczyć taniec brzucha, albo ustawić dywanik w kierunku Mekki i wypiąć się na nim na bosaka, pozakatolicki świat najpierw wstawił na tory antyterrorystyczny parowóz, a potem, kiedy doszło do wystrzelania redakcji Charlie Hebdo i części klientów koszernego supersamu, rozpalił pod kotłem ognisko. Na początek dobre i to, ale czy od czajnika na kołach nie lepszy byłby czołg? Niestety, takiego sprzętu nie posiada pospolite ruszenie, złożone z obrońców praw człowieka, licencjonowanych żurnalistów i innych postępowców, lepiej lub gorzej opłacanych. W konsekwencji, para nie pójdzie w dowodzenie wojskami, tylko w dowodzenie, że terroryzm i islam - to dwie różne rzeczy. A że, jak wiadomo, świat muzułmański dyszy miłosierdziem, to nic nie stoi na przeszkodzie, żebyśmy my katolicy ufnie przyłączyli się do globalnego robienia na drutach miłości. Na nasz sposób, w ramach "Dni Islamu". 
Miłość jest piękna, ale miłość świadoma jest jeszcze piękniejsza. Dzięki Ewangelii i tradycji wiemy prawie wszystko o założycielu chrześcijaństwa, Jezusie Chrystusie. Na nim i na jego nauce nie znajdzie skazy ani sam Antychryst pod postacią rządu światowego, ani jego namiestnicy odpowiadający w wielu krajach za edukację młodzieży, kulturę, media, etc.
A co tymczasem wiemy o proroku Mahomecie, założycielu islamu? 

Francuskie przysłowie powiada "Dis-moi qui tu vénères et je te dirai qui tu es" (Powiedz mi, kogo wielbisz, a ja ci powiem, kim jesteś).

Garnek wiadomości o życiu Mahometa jest wypełniony prawdami i mitami, ale pokrywka na nim podskakuje tak silnie, że zamiast pod nią zaglądać, dorzucimy do garnka parę przypraw, wyjętych ze starych arabskich recept.
Z daleka od bluźnierstw Charlie Hebdo. 
Bez nienawiści, bez lekceważenia, bez drwin ...i bez ilustracji, na które islam nie pozwala.

II. Prorok Mahomet (Muhammad ibn Abd Allah ibn Abd al-Muttalib)

Najstarszym dokumentem poświęconym życiu Mahometa jest Sira nabawiyya (bibliografia Proroka), napisana po koniec VIII w. przez Ibn Iszaka, znana dzięki redakcji dokonanej kilkadziesiąt lat później przez Ibn Hiszama. Innym ważnym źródłem są hadisy, (fakty, gesty, anegdoty), zebrana w 97 księgach przez Al-Buchariego w IX w.
Mahomet (570 - 632) był jednocześnie przywódcą religijnym, militarnym i politycznym. Z opisów wynika, że oddawał się mordom politycznym, zabójstwom i systematycznemu eliminowaniu przeciwników, oraz że nie cofał się przed zbiorowymi masakrami.
Al-Buchari opowiada na przykład historię 8 mężczyzn z plemienia Oklitów, którzy przybyli do Medyny by przyjąć islam, ale w komplecie zachorowali. Mahomet nakazał im pić mleko wielbłądzicy oraz mocz wielbłąda.

Kiedy kuracja nie podziałała, ósemka uciekła, wyrzekając się islamu i jego proroka. Kiedy zostali złapani, Mahomet wyznaczył im karę, na jaką zasługiwali: obcięto im dłonie i stopy, opróżniono gałki oczne za pomocą rozgrzanych na czerwono gwoździ, a pozostałościom organizmów pozwolono spokojnie agonizować (Hadis 56, 152, I).
Innym wojskowym wyczynem Proroka było poskromienie plemienia żydowskiego Banou Qorayza, które - wyrzucone z Mekki - zainstalowało się w Medynie. Tak się złożyło, że Mahomet nabrał ochoty na ten teren, gdzie zresztą żyły już dwa inne plemiona żydowskie. Te dwa plemiona zrozumiały sytuację i sobie poszły, podczas gdy trzecie, wspomniane Banou Qorayza, zrozumienia nie wykazało. Więcej - nie zgodziło się przejść na islam. Mahomet w tej sytuacji oskarżył Izraelitów o zdradę i zabronił im uciekać. Ci, w odpowiedzi, zabarykadowali się w swojej dzielnicy i poddali dopiero po kilku tygodniach. Sędziowanie w ich sprawie Mahomet powierzył Sadowi Ibn Mouadh z plemienia Banou Aws. Wyrok brzmiał: "Mężczyźni mają być zabici, kobiety i dzieci pójdą na sprzedaż jako niewolnicy, a dobytek zostanie rozdany armii". Mahomet skomentował sentencję słowami "Zaprawdę, wyrok Sada jest wyrokiem Boga". 700 mężczyzn zostało pozbawionych głów, co zabrało pracownikom resortu sprawiedliwości cały dzień, a ich ciała zostały wrzucone do wielkiej jamy, wykopanej na rynku w Medynie. Po egzekucji Mahomet wybrał sobie na konkubinę młodą Żydówkę Kihanę i poszedł się z nią odprężyć. Naturalnie, po jej mężu, ojcu i braciach nie zostało ani śladu, patrz wyżej.

(Za francuskim prawicowym tygodnikiem Minute, z 14 stycznia 2015)

Tego rodzaju wyczyny dałoby się mnożyć w nieskończoność. Niejeden z dzisiejszych mędrców politycznych i medialnych bez wstydu dałby słowo, że postępowanie Proroka nie miało nic wspólnego z islamem, ale kto rozumny na dźwięk tych słów nie puknąłby się w czoło?


III. Islam - modus operandi

Islam nie jest religią, islam jest sposobem na życie. Islam zawiera w sobie elementy religijne, prawne, polityczne, społeczne i militarne, przy czym element religijny służy do maskowania pozostałych.

Islamizacja zaczyna się od momentu, kiedy w danym kraju pojawia się liczba muzułmanów wystarczająco duża, żeby postawić żądania natury religijnej. Kiedy "tolerancyjne i otwarte na różnorodność kulturalną" społeczeństwo zgadza się zaspokoić islamskie wymagania religijne, zawsze dochodzi do stopniowej infiltracji elementów pozostałych.
  • Dopóki populacja muzułmańska nie przekracza 2 procent ludności, jest uważana za nieszkodliwą mniejszość, pokojowo nastawioną wobec reszty społeczeństwa (Australia, Hiszpania, Włochy, USA).
  • Kiedy ta populacja zbliża się do 5 procent, dochodzi do prozelityzmu religijnego wobec innych mniejszości etnicznych i grup marginalnych, oraz do rekrutacji nowych adeptów w więzieniach i gangach operujących na ulicach (Niemcy, Dania, Wielka Brytania).
  • Kiedy ludność muzułmańska przekracza 5 procent, jej wpływy zaczynają być nieproporcjonalnie wielkie. Pojawiają się żadania na temat żywności halal i udziału muzułmanów w jej produkcji. W razie braku chęci do współpracy, firmy wytwarzające żywność są przedmiotem pogróżek (Holandia, Szwecja, Szwajcaria).
  • Kiedy liczba muzułmanów zbliża się do 10 procent, pojawiają się jawne żądania i wyzwania pod adresem władz centralnych i terenowych - muzułmanie chcą prawa do życia w zgodzie ze swoją kulturą i religią. Metody postępowania stają się gwałtowne. Celem ostatecznym jest zaprowadzenie w społeczeństwie szariatu (Francja, Chiny, Izrael, Tajlanda).
  • Gdy społeczeństwo osiąga stan 20 procent muzułmanów (India, Rosja), sceny gwałtu zaczynają nabierać charakteru codziennego, byle co wystarczy do gwałtownych manifestacji, formują się milicje i płoną synagogi i kościoły.
  • Aby pojąć co się dzieje, gdy procent muzułmanów przekracza 40, wystarczy przyjrzeć się sytuacji Albanii, Kosowa, Egiptu, Jordanii, Libanu czy Syrii - w tych krajach opresja muzułmańska obejmuje już nie tylko innowierców, ale i "swoich", kiedy są niewystarczająco radykalni.

Obecnie muzułmanie (2 miliardy) stanowią 28 procent populacji świata. Rozrodczość ich jest znacznie wyższa od wszystkich pozostałych. Przewiduje się, że przed końcem XXI wieku muzułmanów będzie więcej niż 50 procent.

(za Peter Hammond: "Slavery, Terrorism & Islam: The Historical Roots and Contemporary Threat")

IV. Westchnienie końcowe

Wspomnę już tylko, że Mahomet wybrał się do "siódmego Nieba" na koniu i że ten cudowny koń nazywał się Burak. 

I westchnę:
  •  Kto ma uszy, niechaj słucha (Mt 13, 43)
  •  kto ma oczy, niech patrzy
  •  kto ma rozum, niech używa
  •  kto jest durny, niech zmądrzeje
  •  kto jest w głupocie uparty, niech wie, że strasznie go los pokarał... 
Rozpuszczalnik

9 lutego 2014

Tak od rana płynie Sekwana (17)


Gnicie z przerzutami


Trzydzieści cztery amerykańskie stany zezwoliły na zawieranie na ich terenie małżeństw osób tej samej płci.

Rząd USA uznaje prawa małżeństw homoseksualnych na równi z tradycyjnymi


Wróciłem właśnie z porannej mszy w jednym z "moich" francuskich kościołów. Było jak zwykle posoborowo - siadanie, wstawanie, pierwsze czytanie, którego nikt nie słuchał, ożywione obmacywanie się na znak pokoju - ale raz jeszcze podniosło mnie z krzesła, kiedy, zaraz po Je crois en Dieu... (Credo), kobiecina z ekipy liturgicznej wzięła się za bla-bla-czytanie intencji modlitewnych. Odprawiający mszę ksiądz odruchowo wyśpiewywał francuski odpowiednik "wysłuchaj nas Panie", a sędziwi wierni zaśpiewaliby mechanicznie to samo, nawet gdyby intencja zabrzmiała "spuść Panie na nas parcha, a na nasze zbiory szarańczę".

Dlaczego "bla-bla-czytanie"?
Bo i tym razem intencje ograniczały się do próśb o sprawiedliwość w podziale dóbr i były zaadresowane do "rządzących tym światem". Cóż to szkodzi robić na modlitewnych drutach pobożne, nikogo nie grzejące sweterki. Równie dobrze ekipa liturgiczna mogłaby wypocić modlitwę o to, żeby z powierzchni ziemi zniknęły choroby oraz żeby wszyscy jednocześnie wygrali w totolotka. Zw
łaszcza w sytuacji, kiedy na temat "małżeństw wszystkiego ze wszystkim" i zaprogramowanej przez Ministerstwo Edukacji deprawacji dzieci, prawie cały francuski Kościół nabrał nieświęconej wody w usta i pilnie patrzy w inną stronę.

A tymczasem dzieje się horror, a diabelskie nasienie deprawuje kolejne społeczeństwa, zorganizowane w "globalną wiosk
ę". Cała uwaga światowego masońsko-levicowego draństwa jest poświęcona wykończeniu katolicyzmu, który pozostaje jedyną przeszkodą w roztarciu na proszek resztek cywilizacji chrześcijańskiej. W tym dziele ośmieszanie rodziny i jej postępująca instalacja w Muzeum Historycznym jest narzędziem wyjątkowo skutecznym.

Jakie więc powinny być intencje, recytowane w kościołach?
Powinny brzmieć - ludzie, buntujcie się! Krzyczcie wasze "nie zgadzamy się" na ulicy, w domu, w pracy i w lokalach wyborczych. A wy, hierarchowie, pasterze "naczelni" powierzonych wam stad, zbuntujcie się jeszcze silniej od waszych owieczek i zamiast ozdabiać swoimi myckami oficjalne uroczystości i łapać zrzucane wam z góry podejrzane nagrody i ordery - przypomnijcie sobie, po co istniejecie!
I - ilekroć trzeba - cierpcie! Do tego zostaliście powołani!
A jeśli, w chwili próby, nie jesteście w stanie zaryzykować zdrowia i komfortu, to wynoście się z pałaców.




 
Naturalnie, możemy dalej mruczeć "miłujmy się" i tchórzliwie nadstawiać drugi policzek, kiedy swołocz ściąga nam spodnie. Tylko musimy się liczyć z faktem, że z pokoju nieletniej córki nie będziemy wkrótce mogli wyrzucić uwodzącej ją lesby, a za spuszczenie kopniakami ze schodów sodomity, dobierającego się do syna, zostaniemy wsadzeni do paki za homofobię, największe obecnie przestępstwo, jeśli nie liczyć antysemityzmu.

*

W kościele wysłuchałem "homilki", czyli powtórzenia Ewangelii
swoimi słowami.
W rewanżu, walnąłem wam, ukochani forumowi bracia i umi
łowane internetowe siostry, kazanie.
Jeśli zdrowie i blog pozwolą - nie ostatnie.

Rozpuszczalnik