La vraie éloquence consiste à dire tout ce qu’il faut, et à ne dire que ce qu’il faut. (La Rochefoucauld)
Prawdziwa elokwencja polega na tym, żeby powiedzieć wszystko co trzeba i nie więcej niż trzeba.



16 kwietnia 2019

W zgliszczach katedry Notre-Dame





Czy "pierworodna córa Kościoła" przeżyje?





AFP Eric Feferberg

Nie ma przypadków, są tylko znaki - miał powiedzieć ksiądz Bronisław Bozowski. Kto wie, może cierpliwość Najwyźszego, ta o starotestamentowym wymiarze, wyczerpała się. Straszny znak nadszedł w momencie, kiedy zarówno Paryż, jak i cały łańcuch światowych metropolii, obrośniętych wrzodami pychy i filozoficznej samowystarczalności spod znaku Mammona i Sodomy, osiągnął stadium niemożliwe do zniesienia.






Jak zawsze, raz na rok, w atmosferze ogólnej tymczasowości i w pędzie do "nie wiadomo czego" nadszedł Wielki Tydzień. Kryzys Kościoła Katolickiego przybrał rozmiary apokaliptyczne. Jego opis powtarza się we wszystkich mediach, drwi z niego wszystko, co śmierdzi siarką, z Charlie Hebdo na czele, a diabeł ma wrażenie stabilności i bezpieczeństwa, kiedy tak stoi z jedną nogą na dogorywającej, jak mu się wydaje, Instytucji. 
Dzisiaj, po posoborowej serii "wielkich" reformatorów Kościoła, jeszcze nie do końca wzajemnie wykanonizowanych, żyje rówolegle dwóch papieży, z których starszy wydaje się przerażony, a młodszy "dzikie wyprawia swowole". Może sobie jak dotąd na to pozwolić, bo jest otoczony tłustą warstwą purpury, po części chorej, a w całości wyznającej kult Świętego Spokoju.

Wielki Tydzień 2019...
Ledwie papież Franciszek przestał zajmować się w Kairze i Rabacie ustalaniem reguł bezpiecznego współfunkcjonowania religijnych butików (w których każdy, bez strachu przed Jehową, Allahem czy Bogiem w Trójcy Jedynym, mógłby bez ryzyka dokonać duchowych zakupów), ledwo Franciszek oderwał usta od butów czarnych ministrów z Południowego Sudanu, a już jego urzędnicy wszystkich szczebli będą w Wielki Czwartek myć nogi starym i młodym kobietom, małolatom i paru samcom, koniecznie z jednym Murzynem w składzie. Tak będzie co najmniej we Francji. Kto nie lubi świętoszkowatego ględzenia, niech nie pyta żadnej ze stron o o celowość tych gestów i ich związek z aktem Chrystusa w czasie Ostatniej Wieczerzy.

Tyle naprędce.

Moment jest dramatyczny.
Czy pierworodna córa Kościoła wstanie z dymiących szczątków, odmłodzona i na nowo silna?

A katedra Notre Dame de Paris?
Co będzie z tym domem Bożym od dziewięciu wieków, jednym z największych światowych symboli chrześcijaństwa i wielkim zabytkiem?

Czas pokaże różne rzeczy. Rzeczy o naturze czystej i nieczystej, rzeczy wzniosłe i urągające człowieczej godności. Dojdzie do ogromnej hojności ludzi drobnych i faryzejskich wrzasków ofiarodawców bogatych. Wydzierała się będzie w mediach masoneria, bo Dzieci Wdowy zrobią wszystko, żeby dopilnować wszczepienia w odbudowę swoich duchowych i materialnych detali. Sumienia i kieszenie wpływowych ludzi, niegdyś katolików, poruszą się w świadomym lub podświadomym pragnieniu jakiegoś zadośćuczynienia i będzie to jeden z wielu pozytywnych efektów strasznego ostrzeżenia.

Jeśli jednak nie dojdzie do poważnego wstrząsu wewnątrz instytucji Kościoła i w milionowych duszach katolików "szeregowych", to jaki większy kataklizm mógłby wybrać Stwórca, żeby uratować jeśli nie wszystko, to przynajmniej to, co się uratować jeszcze da?

21 lutego 2019

Watykan – stan krytyczny


Co nam wolno, co konieczne, co zrobimy...



Roberto de Mattei








Zagadnienie "co nam wolno", musi być poprzedzone choćby zwięzłą analizą stanu rzeczy. Posłużymy się materiałem z najlepszego źródła. "Duch rzymski zaginął w Watykanie" (L'esprit romain s'est perdu aujourd'hui au Vatican) – oto tytuł wywiaduudzielonego przez prof. Roberto de Mattei serwisowi internetowego Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X we Francji, "La Porte Latine" (profesora de Mattei, jako katolika i intelektualistę, przedstawiać nie trzeba).

Jak to określa redakcja serwisu, Roberto de Mattei mówi "bez ogródek, bez ustępstw, bez lęku przed obrażeniem pięknoduchów i ugodowców wszelkich odcieni (sans craindre de froisser les bien-pensants et les consensuels de tous horizons)".

Oto wybór kwestii poruszonych w wywiadzie (zachęcam Czytelnika do absolutnego skupienia, bo też pytania i odpowiedzi charakteryzują się rzadką konkretnością i precyzją, mam nadzieję, również w moim streszczeniu i z moimi przerywnikami – R.) :













(La Porte Latine) Kościół rzymsko-katolicki w przededniu schizmy?
(Roberto de Mattei) Ogólnie rzecz biorąc, przez termin schizma rozumie się odmowę poddania się władzy papieskiej, tak jak to uczynili chrześcijanie "ortodoksyjni" w roku 1054, ale schizma może również odnosić się do horyzontalnego pęknięcia wewnątrz Kościoła. Zgodnie ze stanowiskiem prawie całości teologów, może znaleźć się w sytuacji schizmy każdy, kto na przykład odmówiłby "podporządkowania się prawu i konstytucji danej Kościołowi przez Chrystusa oraz przestrzegania tradycji ustanowionych w Kościele Powszechnym od czasów apostolskich".
Znajdujemy się dzisiaj w centrum schizmy horyzontalnej, ponieważ Kościół jest wewnętrznie podzielony między różne i przeciwstawne tendencje, ale także w stanie schizmy pionowej, ponieważ władze Kościoła wydają się coraz bardziej odsuwać od doktryny i jej tradycji. Jest to jednocześnie schizma "ukryta", bo, mimo swojej jawności, nie jest zauważana przez większość wiernych. Sytuacja jest dramatyczna, ponieważ nie ma precedensu teologicznego i kanonicznego.



(LPL) Czy dzisiejsza schizma nie polega na buncie "praktyki", która zaczęła stawiać się przed doktryną? A jeśli tak, to w jakim stopniu można powiedzieć, że schizma narodziła się razem z Soborem Watykańskim II?
(RdM) Wszystko zaczęło się 11 października 1962, w dniu otwarcia soboru. W swoim przemówieniu Gaudet Mater Ecclesiae Jan XXIII narzucił soborowi ideę pierwszeństwa duszpasterstwa nad doktryną. Doktryna została pochłonięta przez pastoralizm, sprawiający wrażenie "teologicznej transpozycji filozofii marksistowskiej, zdefiniowanej przez młodego Marksa w Tezach o Feuerbachu". W drugiej tezie Karol Marks utrzymuje, że człowiek powinien doszukiwać się prawdy nie w postulatach i teorii, tylko w faktycznym stanie rzeczy, a w tezie jedenastej Marks twierdzi, że zadanie filozofa nie polega na interpretowaniu świata, tylko na jego przekształcaniu.
Jeśli papież Franciszek w swojej pierwszej adhortacji Evangelii gaudium oraz w swojej "zielonej" encyklice Laudato si twierdzi, że "rzeczywistość jest ważniejsza od idei", to tym samym akceptuje prymat praktyki w sensie marksistowskim i obala prymat kontemplacji, na której opiera się filozofia zachodnia i chrześcijańska. 
Ta Franciszkowa koncepcja jest jasno wyrażona w osławionej adhortacji Amoris laetitia, w której papież wprawdzie nie podważa jawnie nauki Kościoła w kwestii powtórnych małżeństw ludzi rozwiedzionych, ale utrzymuje, że należy oddalić się od sztywnej idei w stronę sumienia osoby rozwiedzionej bądź jej kierownika duchowego. Jednym słowem, nowe duszpasterstwo miałoby proponować etykę dostosowaną do konkretnych przypadków indywidualnych. Ludzkie działanie miałoby oderwać się od prawa boskiego i naturalnego na rzecz podążania za biegiem historii.

(LPL) 5 stycznia zwrócił się Pan z apelem do wszystkich osób sprawujących w Kościele władzę, aby nie wahali się przed synowską krytyką i moralną separacją od ludzi odpowiedzialnych za postępujące samozniszczenie Kościoła. Od dawna zajmuje się Pan fałszywą koncepcją posłuszeństwa, z którą mamy często do czynienia. W jakich okolicznościach się ta fałszywa koncepcja poczęła?
(RdM) Posłuszeństwo wobec autorytetów rodzinnych, politycznych i eklezjastycznych – to istotna cnota chrześcijańska. Tyle jednak, że nie żąda się od niej, aby była ślepa czy bezwarunkowa. Ma ona granice, a w szczególności fundament, którym jest sam Bóg. Kiedy władza jest sprawowana niegodziwie i niesprawiedliwie, jesteśmy zobowiązani do posłuszeństwa woli Bożej, uwalniającej nas od fałszywego posłuszeństwa ludzkiego. W takiej sytuacji nasze pozorne nieposłuszeństwo staje się doskonalszą formą posłuszeństwa. Opór wobec ludzi odpowiedzialnych za samozniszczenie Kościoła, który się przejawił na przykład w wystosowanym do papieża Franciszka dokumencie Correctio filialisnie jest aktem niesubordynacji, lecz przeciwnie, jest przejawem cnoty posłuszeństwa. Uważam, że w stanie aktualnego kryzysu ta postawa niezgody na błędy powinna nas popychać w kierunku separacji moralnej od złych pasterzy, którzy stoją na czele Kościoła. Jesteśmy dzisiaj świadkami papolatrii, która w osobie papieża widzi nie następcę Chrystusa na ziemi, zobowiązanego do przekazania otrzymanej nauki w postaci pełnej i czystej, tylko reprezentanta Chrystusa, ulepszającego doktrynę poprzedników i dostosowującego ją do zmian tego świata. Nauka zawarta w Ewangelii miałaby podlegać stałemu dopasowaniu do nauczania chwilowo panującego papieża.

(Uwaga – teraz o świętości i nieomylności w kanonizacjach - R.)

(LPL) W październiku 2018 papież Franciszek kanonizował Pawła VI. Pańskie zastrzeżenia co do osoby Pawła VI są znane. Co Pan myśli o tej kanonizacji?
(RdM) Jestem moralnie przekonany, że kanonizacja była błędem. Paweł VI jest odpowiedzialny za Sobór Watykański II, za "Ostpolitik" (zgoda na dominację komunizmu w krajach Europy Wschodniej – R.) i za Novus Ordo Missae (msza "posoborowa" – R.). Wszystkie wymienione akty przeczą jego świętości, bo - obiektywnie rzecz biorąc – szkodzą ludzkim duszom i chwale należnej Bogu.
Trzeba tu zauważyć, że o ile nieomylność kanonizacji nie jest dogmatem wiary, to dogmatem jest już brak sprzeczności między wiarą a rozumem. Jeśli w akcie wiary zaakceptuję fakt przeczący rozumowi, jak to ma miejsce w przypadku nieistniejącej świętości Pawła VI, to popadnę w fideizm w jego skrajnej postaci (fideizm: absolutny prymat wiary nad poznaniem rozumowym – R.). Wiara wykracza poza rozum i nadaje mu wyższą wartość, ale jednocześnie Bóg, jako esencja Prawdy, w sprzeczności do rozumu znajdować się nie może. Możemy zatem w sumieniu zachowywać wszystkie nasze wątpliwości wobec kanonizacji. Co jest w dodatku uderzające – że proponowana jest kanonizacja kompletu papieży posoborowych z wyłączeniem poprzedników. Można odnieść wrażenie, że celem tej polityki jest nadanie waloru nieomylności każdemu słowu i każdemu aktowi ludzi sprawujących obecnie rządy nad Kościołem.

(Uwaga - za chwilę w pewien rodzaj konfuzji popadną lękliwe pięknoduchy i pokorni wyznawcy kultu Świętego Spokoju, podobnie jak zwolennicy "Kościoła Otwartego" oraz amatorzy "tutti frutti", produkowanych przez talmudystów od dziewiętnastu wieków i rozmaite masońskie organizmy od czasu, kiedy piorun strzelił w kuriera Adama Weishaupta, wiozącego list iluminatów z Frankfurtu do Paryża. – R.)

(LPL) Wracając do prawdziwego posłuszeństwa Bogu – to przecież na to posłuszeństwo powoływał się biskup Marcel Lefebvre, kiedy zdecydował się na wyświęcenie biskupów bez zgody Jana Pawła II. Jaki jest pański osąd biskupa Lefebvre’a i kontynuacji jego dzieła przez Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X i ugrupowania mu przychylne?
(RdM) Znałem osobiście biskupa Lefebvre'a w początkach lat siedemdziesiątych i zawsze miałem wrażenie znajdowania się w towarzystwie człowieka Bożego, niesłusznie prześladowanego. Co w nim i w dużej liczbie jego zwolenników szczególnie ceniłem, to autentyczny "duch rzymski". W stanie dzisiejszego kryzysu obrona "rzymskości" Kościoła staje się rzeczą bardzo ważną. Ta rzymskość zawiera się nie tylko w w jej wymiarze prawnym i instytucjonalnym, ale również w nadprzyrodzonym dziedzictwie miasta Rzym. Istnieje Rzym wieczny, przeważający nad Rzymem historycznym, ale to w Rzymie historycznym, którego biskupem jest papież, Mistyczne Ciało Chrystusa przyjęło swoją postać widzialną. Duch Rzymski, który Louis Veuillot nazwał "zapachem Rzymu", daje możliwość czerpania wartości nadprzyrodzonych dzięki szczególnej atmosferze, którą Rzym jest przesiąknięty. Duch rzymski to ta wrażliwość kościelna (sensus ecclesiae), w której zawiera się zdolność identyfikacji zagrażającego Kościołowi zła, ale również wierność skarbom wiary i tradycji. Ten "duch rzymski" dzisiaj się zatracił, a sam Watykan stał się niestety centrum dyfuzji antyrzymskości.

(LPL) A jeżeli - wyobraźmy sobie - w konsekwencji pańskiego apelu, papież Franciszek zwróciłby się do Pana o radę w sprawie pierwszych kroków koniecznych dla naprawy sytuacji Kościoła, to co by mu Pan odpowiedział?
(RdM) Nie mam żadnych rad do zaoferowania papieżowi Franciszkowi, ale gdyby nowy papież zamanifestował pragnienie powrotu do doktryny i nauki moralnej Kościoła, zasugerowałbym mu, żeby zaczął swój pontyfikat od uroczystego aktu skruchy za rolę najwyższych sfer kościelnych w procesie samozniszczenia Kościoła w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat.
Skrucha za grzechy osobiste jest wymagana od nas wszystkich, ale jeszcze bardziej skrucha za grzechy publiczne władz cywilnych i kościelnych. Dopiero po takim uroczystym akcie pokuty i spełnieniu żądań Fatimy ("pokuta, pokuta, pokuta" – R.), anioł schowa swój ognisty miecz, jak to uczynił w 590 roku na szczycie Castel Sant'Angelo, po pokutnej procesji św. Grzegorza Wielkiego po ulicach Rzymu. Bez tego, obawiam się, trudno będzie uniknąć kary, która ciąży nad ludzkością z powodu jej grzechów.


Prędko, ale dokąd?

Na tym kończę streszczenie poglądów prof. de Mattei. Poglądy te powinny być pomocne każdemu, kto czuje się współodpowiedzialny za Kościół, ale zarazem nie do końca świadomy, do jakich granic może się w swojej niezgodzie posunąć. Nieprosta i nieoczywista wydaje się odpowiedź na pytanie, czy mamy prawo krzyczeć "nie pozwalam", kiedy wysoko postawieni słudzy Boży oddają się bezeceństwom i lenistwu, a fałszywi prorocy próbują czynić mylące "znaki na niebie i ziemi". 
Ale to nie im, tylko Bogu jesteśmy winni posłuszeństwo.

4 maja 2017

Panika wśród padlinożerców – oto populizm ratuje demokrację!





Populizm jako koło ratunkowe dla tonącej demokracji?
Szok dla rządu światowego, masonerii, likwidatorów państw narodowych oraz setek tysięcy socjologów i najróżniejszych "polityków społecznych", kształconych na zamówienie.













Cóż to takiego populizm?

Kto poszuka (i znajdzie) w onetowym PORTALU WIEDZY, zacznie krzyczeć i poleci myć przerażone oczy. Stoi tam, czarno na czerwonym, że populizm to "forma myśli politycznych i ruchów społecznych głosząca chwytliwe, łatwo trafiające do przekonania hasła polityczne, ekonomiczne i społeczne, mające na celu szybkie zjednanie poparcia społecznego i zdobycie władzy",że "populizm polega na schlebianiu określonym grupom", że swoje niegodne środki opiera na "manipulacji, przekłamaniach i niedopowiedzeniach" i że potrzebuje do tego "środków masowego przekazu lub wieców, demonstracji i protestów".

Taka prezentacja populizmu była dotychczas pożyteczna i wystarczająca – krętacz polityczny, lokaj naukowy i idiota medialny z nich żył, a ufny telewidz głosował zgodnie z receptą i wyłaził na ulicę z zalecanym transparentem.
Reasumując, pierwsi trzej grzeszyli myślą, mową i uczynkiem, a obywatel – poczciwością i zaniedbaniem.

* * *

Nikogo z francuskich krytyków literackich nie cenię bardziej od Joëla Prieura, pisującego stale w prawicowym tygodniku Minute. Kiedy więc w numerze 2814 odkryłem jego artykuł pt. "Le populisme pour sauver la démocratie", porzuciłem wszystkie zajęcia, aby bez straty czasu dowiedzieć się o czym pisze Alain de Benoist w swojej najnowszej książce "Le moment populiste - Droite-gauche, c'est fini !" (Czas populizmu - koniec prawicy i lewicy).

Alain de Benoist (Nowa Prawica)




Oto jego (a za nim moje) obserwacje i wnioski:

I.
Nadeszły czasy kompletnego kryzysu zaufania – nie ufamy już nikomu i nie wierzymy w nic. W każdej krytycznej dla przyszłości świata sprawie, z prawa i lewa słyszymy formułę Margaret Thatcher "Nie ma alternatywy". Możliwa miałaby być tylko jedna wizja, jeden projekt i jeden kierunek: globalizacja.

Życie cienkiej warstwy politycznych, społecznych i ekonomicznych globalistów byłoby tymczasem zdrowe i bogate, gdyby nie narastające pod ich nogami trzęsienie ziemi o epicentrum niespodziewanie rozległym. Oto pojawił się populizm, przy czym jego dawne hasło "wielcy eksploatują małych i trzeba temu położyć kres" uległo ewolucji.

Konfuzja globalistów przeszła w przerażenie i cała rodzina padlinożerców, żywiąca się ciałem i duszą narodów, przystąpiła do zwalczania populizmu, jak powiedziałby Mauras, "za pomocą wszystkich środków, nawet legalnych".

Do walki z "populizmem" włączyła się również hierarchia Kościoła Polskiego, ale fakt ten w dalszych rozważaniach pominę - po części dlatego, że zaskoczeniem to on akurat nie jest, a do obijania naszych "najprzewielebniejszych" jakoś nie mam chwilowo nastroju.

II.
Końcowi wszelkiego zaufania towarzyszy pogarda wobec ewolucji kulturalnej świata. Ewolucja ta wydaje się nieodwracalna i nosi, według autora, nazwę "boboizacja" (boboïsation).

"Bobo" to w istocie grupa społeczna. Nazwa bobo jest akronimem od słów bourgeois-bohème, a socjolog Camille Peugny dał temu terminowi następującą definicję: "Bobo jest osobą nieźle zarabiającą, raczej wykształconą, silnie zainteresowaną życiem kulturalnym i głosującą na lewicę".
Bobo ma więc pretensje kulturalne, lubi pieniądze i głosuje na lewicę, czyli aż się prosi, aby odnieść do niego sławne zawołanie Wiesława Gomułki "ni pies, ni wydra, czyli coś na kształt świdra".

Alain de Benoist boboizacji świata poświęca sporo uwagi.

Nową "globalną" klasę średnią charakteryzuje:
  • swoboda podróżowania
  • "turystyczny" angielski
  • umiarkowana konsumpcja narkotyków
  • planowanie rodziny
  • nowa estetyka oparta na zacieraniu różnic między płciami i transseksualizmie
  • humanizm zorientowany na III świat
  • płytki multikulturalizm
  • zastępowanie filizofii terapią grupową i rodzajem relatywistycznej gimnastyki w stosunkach międzyludzkich, przez co tradycyjny (i męczący) dialog sokratesowy przeradza się w paplaninę półinteligentów.


Na marginesie, ktoś, kto starannie przyjrzy się podanej sylwetce bobo, będzie musiał unikać lapsusów typu bobo → bonobo, małpy o obyczajach i właściwych dla LGBT praktykach seksualnych, stanowiących jakby ewolucyjny krok do przodu w świecie leniwych postępowców.

Wszystko zostało zrobione, aby rządy obywatelskie zostały zastąpione przez kombinację odgórnego zarządzania, niezależności rynków finansowych, nieomylności ekspertów i sprawowania władzy przez sędziów. 
Tymczasem, gdy obywatel jest pozbawiony możliwości rozliczania swoich przedstawicieli, system przeradza się w oligarchię, a oligarchia odpowiada wyłącznie przed grupami interesu, które ją utrzymują przy życiu.

"Nowy" populizm odrzuca zarówno oligarchiczną wizję przyszłości świata, jak i jego boboizację, i jasne się staje, że rozwój tego populizmu stanowi szansę historyczną, by nie rzec ostatnią szansę na to, by obywatel odzyskał wpływ na swój los.

Nowa rola populizmu powinna zostać zauważona i zrozumiana przez wszystkie ugrupowania polityczne i to głównie dlatego, że w krótkim czasie może doprowadzić do anihilacji wszystkich przyzwyczajonych do rządzenia partii i wywołać rekompozycję całej przestrzeni politycznej.

W swojej książce de Benoist mówi o Francji, ale czy jego obserwacje nie pasują do wszystkich rozwiniętych krajów, a wśród nich i do Polski? 
Jeśli nie dzisiaj, to jutro...



22 listopada 2016

Świat w 3De: Demoralizacja, Dezintegracja, Dekompozycja (7)




Żaba się budzi


W ostatnim z cyklu, szóstym odcinku 3De, pisałem o metodzie "Podgrzewania żaby". Ta charakterystyczna dla rządu światowego procedura pozwala przenieść człowieka do stanu "Nowego Człowieka" w taki sposób, że człowiek pozostaje nieświadomy i nie wierzga.

W procesie podgrzewania występują naturalnie co najmniej dwie strony - podgrzewany i podgrzewający.
Kim jest podgrzewający w kontekście 3De?





Wypada przypomnieć, co już w 1925 r. w swoim filozoficznym delirium pisał Richard Nikolaus de Coudenhove-Kalergi, jeden z ojców Unii Europejskiej, późniejszy autor pomyslu na unijny hymn i godło., Człowiek przyszłości miał być według niego metysem, a utworzonej z mieszańców, euroazjatycko-negroidalnej masie powinni przewodzić socjaliści żydowscy, jako jedyni do tego zdolni. Układ "europejskich ludzi ilości" i "żydowskich ludzi jakości" powinien wyzwolić ludzkość od niesprawiedliwości i gwałtu, a "świat pozbawiony grzechu miałby się przemienić w raj ziemski".

Plany bękartów po Adamie Weishaupcie, Coudenhove-Kalergi, Józefie Rettingerze i innych im podobnych, dadzą się ująć w następującym skrócie:
Granice znikną, patrioci popły rzekami, a obowiązkowej tolerancji na każde zboczenie i wszelką różnorodność (diversity) będzie zobowiązana sprzyjać wiara w jednego uniwersalnego Boga o tak wysokim natężeniu Miłosierdzia, że wojny, powodzie, trzęsienia ziemi i epidemie wydadzą się nieporozumieniem.
Historia będzie się zaczynała od Rewolucji Francuskiej, polityczna poprawność przeważy nad matematyką, miłość uniezależni się od płci, państwa (z wyjątkiem Wielkiego Izraela) zanikną, przedsiębiorstwami będą kierować kobiety, a wszyscy ludzie zostaną braćmi (z wyjątkiem starszych braci, którzy będą się bratać wyłącznie we własnym środowisku).
Zamiast chichotać, proszę się przyjrzeć Unii Europejskiej, obowiązującej tolerancji, polityce imigracyjnej pod hasłem "Wielka Podmiana", forsowaniu nauczania gender w szkołach i przedszkolach, małżeństwom "wszystkiego ze wszystkim", tępieniu postaw narodowych, genezie i aktom "posoborowia" w Kościele Katolickim etc.

Lucyfer, który więcej czy mniej dyskretnie przewodniczy posiedzeniom rządu światowego, niecierpliwił się od początku, ale teraz zaczyna panikować i widać, jak wokół rogów łysieje. Układanka zaczyna mu się walić. Oto człowiek zaczyna sobie przypominać, że został wyposażony w wolną wolę i coraz bezczelniej zaczyna wyrażać wątpliwości w stosunku do systemu edukacyjnego i ostro chamiejącej telewizorni, od lat jednoczącej rolę mediów i rozrywki. Bierze się to między innymi z faktu istnienia internetu, który oprócz ułatwiania masowego dostępu do pornografii, umożliwia dostęp do skrywanej przez rząd światowy informacji i blogów oraz forów, doprowadzających do rozpaczy wyspecjalizowane komórki. Nacisk władz na służby jest w tej materii tak silny, że walka z wiedzą, przytomnością umysłu, uczciwością i odwagą internautów (z "rewizjonizmem, hejtem, antysemityzmem, rasizmem i homofobią") zaczyna zabierać tym służbom i podręcznym szabesgojom tyle czasu, że coraz mniej energii pozostaje im na walkę z terroryzmem.

Tak czy inaczej, teraz, kiedy ludzie zaczęli tracić nadzieję, coś się nagle zaczęło dziać. Tak, jakby zniecierpliwił się sam Pan Bóg i tupnął, a ludzkie mrowiska odpowiedziały wrzeniem. Dowodzą tego wyniki wyborów w różnych miejscach na świecie, z wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych na czele.
Powraca korba i wypełnia się przysłowie "Przepędźcie co naturalne, a powróci galopem" (Chassez le naturel, il revient au galop albo Naturam expellas furca, tamen usque recurret).


Ciekawa jest w tym konktekście sytuacja we Francji.

Jeśli zważyć, że wszystkie narody od czasu do czasu masowo głupieją, to nie będzie z mojej strony najmniejszą próbą obrażenia tego pięknego kraju, kiedy pozwolę sobie zauważyć, że Francja, stawiając na socjalistów, najpierw zgłupiała w 1981 r., a potem, padając ofiarą właściwej wszystkim społeczeństwom krótkiej pamięci - ponownie w 2012.
Od tego czasu, najistotniejszą kwestią pozostawało dla mnie, kiedy François Hollande przypomni sobie o istnieniu czegoś takiego jak honor i zwyczajnie sobie pójdzie, zabierając ze sobą całą ekipę.

Dzisiaj francuski socjalizm zdycha jak wyrzucona na plażę stara ośmiornica. Tyle, że paru jej ramionom wydaje się, że kiedy ostatecznie odpadną od korpusu, uda im się dopełznąć do wody, odtworzyć resztę organów i dalej żerować na wszystkim co żyje, wciąż pod hasłami Liberté, Egalité, Fraternité, których sukcesu nikt nigdy nie widział.

Bestia wyciągnęła jednak wnioski z nauk Gramsciego, porzuciła Marksa, schowała bibułę sygnowaną "Trocki" i, po utracie proletariatu, rozpoczęła hodowlę proletariatu zastępczego w postaci kobiet i amatorów LGBT. Nie należy więc być pewnym, że któremuś kawałkowi nie uda się zrestaurować kolejnego wydania socjalizmu. Czy to jednak się ostatecznie powiedzie i kiedy po ekranach telewizyjnych zaczną się pętać osobnicy w tęczowych szalikach - zależy od jakości i odwagi prawicy. Temat to osobny i niezwykle obszerny.

Zamieszczę teraz kolejno trzy konterfekty, z których każdy, sam w sobie, oddaje istotną cząstkę prawdy o sfotografowanej postaci.

François Hollande
Portret prezydenta kraju poradzi sobie bez mojego komentarza. 
 

Christiane Taubira








Fotografię byłej minister sprawiedliwości, czarnej lady Christiane Taubira, skwituję przypomnieniem, że wykonała misję popsucia instytucji małżeństwa i dalszego nadpsucia rodziny i że, być może, długo trzeba będzie czekać na rząd i społeczeństwo, jednocześnie zdolne zlikwidować tę obrazę Boga, Natury i rozumu.
 

Marisol Touraine
Do pilnego napisania niniejszego artykułu skłoniła mnie jednak akcja ze strony ministerstwa zdrowia, które - jak sobie wyobrażam - wprost spocone z pośpiechu, stara się wyzwolić maksymalną liczbę dusz i sumień od resztek chrześcijańskich zasad i wszelkiego przywiązania do normalności. 
Trzeci konterfekt przedstawia więc francuską minister zdrowia, niejaką Marisol Touraine.

A poniżej ostatnie dzieło ministerstwa Mme Touraine: cztery plakaty, które będą eksponowane w najróżniejszych miejscach, w oficjalnej intencji ochrony przed zarażeniem organów i organizmów, należących do sodomitów i innych hobbystów w zakresie czystej rozpusty i nienormalności (*).




(Uwaga - autorzy nie zapomnieli o diversity)

W tej sprawie, francuski polityk stricto sensu prawicowy, Jean-Frédéric Poisson, prezydent partii chrześcijańskich demokratów, skierował do szefa rządu, Manuela Vallsa, petycję (podpisaną już przez ok. 40 tysięcy internautów).

Czy petycja odniesie skutek - w momencie, kiedy piszę te słowa, nie wiadomo. Co jest jednak ważne, to fakt, że spanikowany wróg człowieka "budzi żabę" i że to zjawisko wydaje się mieć charakter światowy.

Istnieje przy tym inny, bardzo poważny aspekt sprawy - oto raz jeszcze potwierdza się, że w taktyce 3De, tj. w "Demoralizacji, Dezintegracji i Dekompozycji", siły Zła nie znają granic (**).

Tym większe stoją przed porządnymi ludźmi wymagania.

R.


________________________________________________________

(*) Nie sprawdzałem, ale zakładam, że wciąż jeszcze dozwolone jest posiadanie osobistych poglądów w kwestii, co moralne i normalne jest, a co moralne i normalne nie jest.

(**) Chciałem napisać "nie znają poczucia przyzwoitości ani granic", ale skąd to "poczucie przyzwoitości" mogło mi w odniesieniu do "obozu postępu" przyjść do głowy?!